wtorek, 18 listopada 2014

"Liori" Anny Anton, czyli bajka o kosmitach




"LIORI" - ANNA ANTON

Wydawnictwo: Novae Res



Opowiem Wam dzisiaj o tym, co dzieje się na planecie San-Dok, położonej w odległej galaktyce. Będzie baśniowo, będzie mnóstwo bliżej niezidentyfikowanych kosmitów i księżniczka - tytułowa Liori. 

Ród Świnryjów cieszy się dużym poważaniem w układzie Mirmars. Pewnego sielankowego dnia zaczynają dziać się jednak dziwne rzeczy z Liori Chri - córką króla Charuma. Księżniczka zostaje uprowadzona przez ród Mackoczułków - istot złośliwych i bezwzględnych. Tak rozpoczyna się wyprawa mająca na celu wybawienie Liori z opresji, której przewodzi zabawny Ihil, Książę Wybrzeża oraz groźny Gorbo. 

Pomysł umieszczenia fabuły w kosmosie jest ciekawy. Świat przedstawiony całkiem malowniczo nakreślony. Mam jednak duży problem z bohaterami, ci wydają się bowiem zupełnie jednowymiarowi. Główna bohaterka zdaje się nie mieć żadnej osobowości i właściwie (mimo, że to jest przecież książka o niej) niewiele się dowiadujemy o choćby szczątkowych cechach jej charakteru. A szkoda, bo ogólny zamysł przykuwa uwagę. 

Wydawca opisuje książkę jako "gratkę dla miłośników fantastyki". Czy tak jednak jest w rzeczywistości? Licząca zaledwie niecałe 100 stron opowieść jest raczej skierowana do młodszych odbiorców. "Liori" jest właściwie bajką dla dzieci. Wobec tego mogę polecić ją dla młodszych czytelników, którym powieść być może przypadnie do gustu. Dzieci w końcu lubią i kosmos, i księżniczki, a w tak przystępnym wydaniu ta mieszanka okaże się zapewne trafna i skuteczna. 


czwartek, 13 listopada 2014

Smutny jest świat bez czekolady, czyli recenzja "Mojej mrocznej strony"



"Moja mroczna strona" - Gabrielle Zevin
Wydawnictwo: YA!





W 2083 roku Nowy Jork nie jest już tak miłym miejscem jak obecnie. Czekolada i kawa zostały oficjalnie zakazane, ale nielegalna dystrybucja kwitnie za sprawą mafijnych rodzin. Do jednej z nich należy Ania - szesnastoletnia córka jednego z największych mafiosów czekoladowych. Rodzice bohaterki zostali zamordowani parę lat wcześniej i od tej pory dziewczyna jest zmuszona zaopiekować się umierającą babcią, lekko upośledzonym bratem i młodszą siostrą. Sprawy jednak komplikują się jeszcze bardziej, gdy zostaje oskarżona o zatrucie swojego byłego chłopaka czekoladą wytwarzaną przez jej rodzinę. 

Ania Balanchine jest bardzo przebojowa, odważna i szczera, ale rozdarta wewnętrznie. Z jednej strony nie chce pójść w ślady swojego ojca, bossa mafii czekoladowej i stara się robić wszystko, by zapewnić bezpieczeństwo swojej rodzinie, wieść względnie normalne życie. Z drugiej strony wraz z postępem wydarzeń coraz bardziej upodabnia się do ojca. Cieszy mnie to, bo dzięki takiej przemianie książka zyskuje charakter. Siłę bohaterki wyraźnie widać także po jej zachowaniu podczas pobytu w więzieniu na Wyspie Wolności (swoją drogą kocham takie paradoksy!). Szkoda tylko, że ten wątek wydaje się być trochę za mało rozbudowany,bo chyba najbardziej przypadł mi do gustu. 

Książka jest intrygująca. Nagłe zwroty akcji rzeczywiście zaskakują i jest to jedna z największych zalet tej powieści. Bohaterowie potrafią przykuć uwagę czytelnika i zdobyć jego sympatię. Na szczególną uwagę zasługują Scarlett - przyjaciółka Ani oraz Win, nowy chłopak w szkole. 

Polecam młodzieży, która chce trochę mniej oczywistej dystopii. 
Powiem wam, że dużo przyjemniej jest się utożsamiać z bohaterką, która jest twoją imienniczką (może po części dlatego tak lubię bajkę "Frozen"). I cóż to za piękny świat, gdzie wszyscy zwracają się do człowieka per "Aniu"! 

wtorek, 11 listopada 2014

"Wakacje Mikołajka", czyli jak zrobić bajkę niekoniecznie dla dzieci



Korzystając z weekendu rodzinnego w Multikinie, wybrałam się z rodziną na "Wakacje Mikołajka". Film był wyświetlany w kinach w trakcie wakacji, ale wtedy nie udało mi się pójść. Było naprawdę dobrze. "Wakacje Mikołajka" są zabawne i bardzo przyjemne w odbiorze, chociaż pierwszej części nie dorównują.  


Lato to dla naszego bohatera najwspanialsza pora roku. Mikołajek wraz z rodzicami i babcią (teściowa na wakacjach!) wyjeżdżają do nadmorskiego kurortu. Film jest luźną adaptacją książki René Goscinnego oraz Jeana-Jacquesa Sempé. Aktor grający Mikołaja musiał zostać zmieniony, jako, że od pierwszej części minęło już pięć lat. Nie jest to jednak wcale zauważalne w filmie. Gdybym nie wiedziała o tej zmianie, to chyba wcale bym nie zauważyła. Rodzice zostali ci sami, ale to akurat dobrze. 



Uwielbiam humor sytuacyjny w "Mikołajku". Podczas niektórych scen śmiałam się w głos, ale odnoszę wrażenie, że to nie za bardzo jest film dla dzieci. Niektóre mogłyby być wręcz zażenowane w pewnych momentach. Cała produkcja zawiera sporo jak na film familijny nawiązań do seksu. I tak tata Mikołajka kąpie się z dziwną Niemką na plaży dla nudystów, a mama idzie w tango ze słynnym francuskim reżyserem. 

W niektórych momentach czułam się jako widz niezręcznie z powodu specyficznego poczucia humoru. Czarnego humoru, który normalnie lubię, ale nie w takim wydaniu, bo to było niesmaczne. Nie chcę zdradzać za wiele, ale w tego typu filmie nie powinno mieć miejsca coś takiego. Inną sprawą jest trochę niezrozumiałe dla mnie nawiązanie do "Lśnienia". Chyba każdy kojarzy psychodeliczne bliźniaczki z hipnotyzującymi oczami.  Tu mamy Izabelę, dziewczynkę, która  nic nie mówi, ma "wytrzeszcz" i warkoczyki na głowie. Biedny Mikołajek myśli, że jego rodzice chcą go wyswatać i próbuje się jej pozbyć. 



"Wakacje Mikołajka" ujmują dziecięcą beztroską i wyobraźnią bohatera. Myślę jednak, że bardziej przypadnie do gustu starszym widzom, bo młodsi po prostu mało z tego wszystkiego rozumieją. Wiem co piszę, bo siedziałam w sali z moim tatą i młodszą siostrą, więc doskonale widziałam ich reakcję. 

piątek, 7 listopada 2014

Urodzinowo parę słów o Emmie Stone




Emma Stone, jedna z bardziej znanych w świecie Hollywood aktorka, świętowała wczoraj 26. urodziny. Zaprezentuję wam dzisiaj kilka filmów z jej udziałem, które najbardziej mi się podobały. Niektóre zrobiły na mnie duże wrażenie, ale do części po prostu lubię  od czasu do czasu wracać. 




 Aktorka brała udział w bardzo różnych produkcjach, zarówno w filmach typowo komercyjnych ("Niesamowity Spiderman") i tych bardziej ambitnych ("Służące"). Zasłynęła nie tylko z charakterystycznego chrapliwego głosu i urody. Nie można jej też zarzucić braku charyzmy, czy talentu aktorskiego. To wszystko złożyło się w całość i tak Emma Stone jest aktorką rozchwytywaną i lubianą przez widzów. 


ŁATWA DZIEWCZYNA (2010)



Zacznijmy od filmu, który oglądałam wiele razy. Jest to film młodzieżowy, ale różniący się (na szczęście) od typowych amerykańskich filmach z tego gatunku. Bohaterka rozsiewa fałszywą plotkę dotyczącą rzekomej utraty dziewictwa, która idzie za nią echem bardzo, bardzo długo. "Łatwa dziewczyna" zaprzecza schematom przedstawionym między innymi w filmach produkcjach typu "American Pie", (którego delikatnie mówiąc nie trawię), mimo, że dotyczy podobnego tematu. Wszystko jest przedstawione w sposób ironiczny, a przede wszystkim (co się naprawdę rzadko zdarza w tego typu produkcjach) inteligentny. 



KOCHA, LUBI, SZANUJE (2011)



Ten film pokazuje perypetie grupy powiązanych ze sobą ludzi, którzy nie do końca zdają sobie sprawę z panujących pomiędzy nimi relacji. Emma Stone wciela się tu w dorosłą córkę Steve'a, który dowiaduje się o zdradzie żony. Bohater po kilkunastu latach uczy się z pomocą nowo poznanego przyjaciela, jak uwodzić kobiety. 
Do komedii romantycznych mam na ogół mieszane uczucia. Co za dużo ,to niezdrowo, ale od czasu do czasu ma się po prostu ochotę na jakąś przyjemną, zabawną komedię. "Kocha, lubi, szanuje" uwielbiam za wspaniałych bohaterów i aktorów w nich się wcielających. Za komiczną komedię sytuacyjną. No i jak tu nie kochać Ryana Goslinga?


"SŁUŻĄCE" (2011)


Na koniec trochę bardziej ambitnego kina. "Służące" to opowieść o początkującej dziennikarce Skeeter (Emma Stone), która postanawia spisać historie czarnoskórych kobiet, traktowanych wręcz szokująco w latach 60-tych w stanie Missisipi. Rewelacyjna i przełomowa opowieść o rasizmie i uprzedzeniach. Zarówno książka, jak i film zrobiły na mnie niesamowite wrażenie. 



A jakie są Wasze ulubione filmy z udziałem Emmy Stone?

wtorek, 4 listopada 2014

Rozpoczyna się "Endgame"!



"Endgame. Wezwanie." - James Frey & Nils Johnson- Shelton

Wydawnictwo: SINE QUA NON


Dzisiaj będzie o jednej z najbardziej intrygujących książek, z jakimi miałam okazję się zetknąć. Uznana za fenomen na całym świecie. Wielowymiarowa i mająca znaczenie i symbolikę w prawdziwym świecie. Rozpoczyna się Endgame!

12 starożytnych ludów wybrało Graczy i przez lata przygotowywało ich do starcia, tytułowego Endgame. Walka toczy się o losy świata. Grupa nastolatków w wieku od 13 do 20 lat po długim i mozolnym przechodzeniu przez brutalne próby i testy jest niemal pozbawiona sumienia. Jedyne, co się dla nich liczy to ocalenie swojego ludu, bowiem tylko lud zwycięzcy może przeżyć po zakończeniu Endgame. Gracze mają za zadanie odnaleźć klucz, do którego doprowadzić mają zawiłe zagadki, w które zaplątani są także czytelnicy.

Nasuwa się oczywiste skojarzenie z "Igrzyskami śmierci" (Suzanne Collins). Na pierwszy rzut oka fabuła rzeczywiście wygląda podobnie, ale kiedy zagłębiamy się głębiej w fascynujący świat "Endgame", przestajemy tak myśleć. Powieść Jamesa Freya i Nilsa Johnson-Sheltona idzie dalej. Obejmuje nie tylko cały świat przedstawiony, ale wciąga w Grę czytelników. Autorzy informują nas, że wszystko, każde ułożenie tekstu na stronie, zawiłe kody i dziwne symbole, może mieć znaczenie. Choć nie musi. Dzięki odnośnikom do stron internetowych, książka staje się multimedialną rozrywką. Akcja jest bardzo szybka, a wszystko napędzają krótkie, często wręcz równoważnikowe zdania. Chwilami można mieć wrażenie, jakby dosłownie czytało się film akcji. 

Kolejnym plusem są bohaterowie. To postacie bardzo zróżnicowane, pochodzące z wielu zakątków świata. Każde się czymś wyróżnia, w pozytywny lub negatywy sposób (chociaż trudno o takie ocenianie postaci, bo przecież nikt nie jest po prostu dobry albo zły). Mimo, że w powieści czasami brakowało mi trochę dłuższych opisów akcji, czy większego zagłębienia się w osobowość niektórych postaci, uważam, że bohaterowie są dobrze napisani. 

Wspomniałam już wyżej, że "Endgame. Wezwanie" stanowi zagadkę dla czytelników. Autorzy zachęcają do zmierzenia się z łamigłówkami zawartymi w książce. Jest to konkurs, który ma potrwać jeszcze aż dwa lata (wystartował na początku października br. niedługo po ukazaniu się powieści. Główną nagrodą jest 500 000 dolarów amerykańskich. Podjęłam się z przyjaciółką próby rozwiązania choć części zagadek. Wszystko jest okropnie zawiłe i skomplikowane, a niektóre filmiki znajdujące się pod linkami podanymi w książce trochę mnie przerażają, ale zobaczymy co nam z tego wyjdzie. Na razie nie zamierzamy się poddawać. 

niedziela, 2 listopada 2014

O pewnym "Drzewie migdałowym"

  


"Drzewo migdałowe" - Michelle Cohen Corasanti

Wydawnictwo: SINE QUA NON


"Dobre rzeczy utrudniają nam wybór, złe nie pozostawiają wyboru."


Ostatnio wpadła mi w ręce dosyć niepozorna książka, która, jak się okazało, zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. "Drzewo migdałowe" opowiada niezwykłą historię pozornie przeciętnego Palestyńczyka. Ahmad dorasta w zwyczajnym, ale radosnym domu. Do czasu jego dwunastych urodzin, kiedy tracą dach nad głową, jego młodsza siostra ginie, a ojciec zostaje wsadzony bezpodstawnie do więzienia. Odtąd chłopiec zmuszony jest zbyt wcześnie dorosnąć i zostaje jedynym żywicielem rodziny. Wszystko dzieje się na tle konfliktu izraelsko-palestyńskiego w latach 50-tych XX wieku. Na blisko czterystu stronach obserwujemy kilkadziesiąt lat życia dzielnego Palestyńczyka. 

Oprócz absolutnie niezwykłej historii porównywanej do "Chłopca z latawcem", powieść jest napisana lekko i - odważę się na taki wniosek - poetycko. Mimo, że autorka kładzie duży nacisk na tło historyczne i polityczne rejonów objętych konfliktem, książkę czyta się nadzwyczaj szybko. 

To jedna z tych niewielu powieści, po przeczytaniu których siada się na dłuższą chwilę w całkowitym bezruchu bez możności zrobienia czegokolwiek innego. Wydaje mi się, że w ten sposób można po części i trochę nieświadomie oddać hołd danej książce. Naprawdę nie spodziewałam się, że podczas lektury będę do tego stopnia poruszona. Momentami smuciłam się i byłam wstrząśnięta do głębi, ale przede wszystkim z całych sił kibicowałam Ahmadowi w kolejnych etapach jego życia. Chwilami powieść wydała mi się nieco zbyt sentymentalna. Niekiedy spotykałam się z niewiarygodnym wręcz natłokiem tragicznych wydarzeń. 

Komu polecam? Wszystkim tym, którzy chcą spojrzeć na niekończący się konflikt z trochę innej perspektywy lub zapoznać się z religią i kulturą Palestyńczyków i Żydów. Ale nie tylko. Jestem pewna, że spodoba się każdemu, kto potrafi docenić po prostu piękną historię. Historię o sile miłości, rodzinnych więzach i walce o lepsze jutro.  

czwartek, 30 października 2014

Jak poznałem Waszą Matkę - moja historia






Dzisiaj będzie o serialu, który zrobił na mnie ogromne wrażenie i wciągnął niesamowicie. Od razu chcę Was też przeprosić za brak wpisu w czwartek, ale sytuacja była dość wyjątkowa. Mianowicie w mojej szkole od środy do soboty trwał StetiMUN, czyli młodzieżowa imitacja obrad ONZ. Moja klasa była w tym roku organizatorem i byliśmy w szkole od 7 rano do nocy. Tak wyszło. 

"Jak poznałem Waszą Matkę" staje się powoli serialem kultowym i nie ma się co dziwić, bo bohaterowie, a właściwie aktorzy stworzyli przez te dziewięć lat taki klimat, jakiego nie widziałam ani wcześniej, ani później w żadnym sitcomie. Mimo, że ominęło mnie wyczekiwanie na kolejne odcinki (moją przygodę z serialem zaczęłam kiedy ostatni sezon zbliżał się do końca) pokochałam szalone przygody Teda Mosby'ego od pierwszych odcinków.


Chcę się w wami podzielić dziś moimi wrażeniami towarzyszącymi mi po obejrzeniu finałowego odcinka. Ostatniego z ostatnich. Zbliżając się powoli do finału dziewiątego sezonu, coraz bardziej bałam się zakończenia, a że oglądałam parę miesięcy po premierze, nasłuchałam się od znajomych niestworzonych rzeczy o ostatnim odcinku. Wszyscy mi odradzali oglądanie, jeśli chciałam zachować mój światopogląd nienaruszony. OSTRZEGAM: SĄ SPOILERY.


Cóż... Finałowy odcinek wielu rozczarował, ale niektórym ukazał rzeczywistość. Było jednocześnie melancholijnie, radośnie, smutno i... wiarygodnie. 



Ted Mosby po kilkunastu latach poszukiwań, poznaje swoją drugą połówkę. Niezaprzeczalnie wierzy, że im dłużej będzie pozbawiony prawdziwej miłości, tym bardziej zasłuży na szczęście. Prawda jednak okazuje się brutalna - naszemu bohaterowi, któremu kibicowaliśmy przez tyle czasu, tytułowa Matka zostaje odebrana. Możemy polemizować na ile jest to właściwe, ale nie ma co ukrywać, że Ted przez ponad trzydzieści lat pozostał więźniem swoich uczuć w stosunku do Robin. Bo tak naprawdę to jest serial o niej. Matkę, czy też Tracy (ale po zaledwie kilku scenach z jej udziałem niewiele osób pamięta jej imię) Ted niewątpliwie bardzo kochał, ale Robin nigdy nie odeszła z jego serca. Także ostatecznie wydaje mi się, że ten wątek jest jednak dobrze domknięty. Może gdyby jeszcze równocześnie Robin mogła być z Barney'em... 





Z Robin od początku mocno się utożsamiałam. Łączą nas sposób bycia i plany zawodowe, w związku z czym bardzo żałuję, że im się nie udało. W Barney'u zaszła ogromna przemiana. Zmienił się całkowicie, bardzo dojrzał, dlatego nie wierzę, że byłby w stanie powrócić po wszystkim co się wydarzyło do dawnych zwyczajów i upodobań. Jest to dla mnie okropny błąd ze strony twórców serialu. Zakończenie było bowiem przewidziane od pierwszego sezonu HIMYM. Nie przewidziano jednak jednej bardzo ważnej rzeczy. Aktorzy dali bohaterom tyle życia i własnej osobowości, że ci przestali być jednowymiarowymi zapiskami w scenariuszu. Zaczęli żyć własnym życiem. Przez blisko dziesięć lat ewoluowali i dojrzeli i nie ma możliwości powrotu do tego, co było. Niemniej cieszę się, że Barney doczekał się dziecka, szkoda tylko, że w taki sposób. I umówmy się - to musiała być córka. 


Jedynie z Marshallem i Lily wszystko zadziało się dokładnie tak, jak powinno. Dla mnie pozostają jednym z najwspanialszych przykładów nowoczesnego związku, w którym są nie tylko małżeństwem, ale też przyjaciółmi. 


Podsumowując, skończyło się prawdziwie i trochę wzruszająco, ale to nie oznacza, że źle. To prawda, że wszyscy oczekiwaliśmy idealnego zakończenia, bo w głębi duszy chcemy, żeby nasze własne też było idealne, ale tak się nie da. Po ochłonięciu i przemyśleniu wszystkiego stwierdzam, że perfekcyjne zakończenie po prostu nie istnieje. Jestem zadowolona z finału. I piszę to z czystym sumieniem.